Na zapas kup więcej

Ostatnio wpadła mi w ręce ulotka reklamująca kulig. Duży czerwony napis informował, że dla uczestników zabawy przewidziane jest grzane wino oraz kiełbasa w ilości nielimitowanej. Pomyślałem, że jeśli coś ma unicestwić ludzkość, a raczej rozsadzić nas od środka, to właśnie nieograniczona możliwość konsumpcji.

Renesans miał swoje „ad fontes”, my mamy “na zapas kup więcej”. Ostatnio nawet pani na kasie zapytała podejrzliwie czy na pewno chcę kupić tylko dwa masła, bo promocja jest na trzy. Kupiłem trzecie, chociaż nie jestem w stanie przejeść trzech kostek w tygodniu. A może powinienem?

Zastanawiam się dokąd zaprowadzi nas filozofia nielimitowanych ofert i rabatów ilościowych. Póki co, obraliśmy kurs na otyłość i nadprodukcję śmieci, a nad bezpiecznym rejsem czuwają globalne koncerny rozwiewając nasze ewentualne wątpliwości miłymi reklamami. I tylko czasem zabrzęczy gdzieś trzydziestosekundowy filmik „Planuję długie życie”. Na szczęście Ministerstwo Zdrowia nie ma tylu środków na reklamę, zatem częściej myślimy jednak o korzystaniu z promocji niż świadczeń zdrowotnych.

Czy kupowanie ponad własne potrzeby jest nieetyczne? Biorąc pod uwagę, ilość wody, prądu i zasobów naturalnych niezbędnych do produkcji, powiedziałbym że tak. Ale zaraz pojawia się ktoś, kto zapyta retorycznie: A kto bogatemu zabroni? W pełnej wersji pytanie to powinno brzmieć: A kto bogatemu zabroni prowadzić rabunkową gospodarkę zasobami naturalnymi, sprzedawać jej efekty innym bogatym, samemu bogacąc się jeszcze bardziej? Przyszłe pokolenia, przyszłymi pokoleniami, ale wynik finansowy musi zgadzać się tu i teraz.

A może konsumpcja to właśnie ostateczne stadium rozwoju naszego gatunku? Zeszliśmy z drzew, przeszliśmy przez galerie sztuki, by ostatecznie zadomowić się w galeriach handlowych. Tam, na wygodnych fotelach z dostępem do sieci i prądu, obejmujemy nasze plastikowe torby, ściskając pod pachą coś na kształt podręcznego dziedzictwa kulturowego.

🛒

Czyń lub giń

W opowiadaniu Josepha Conrada pt. „Młodość” pojawia się okręt z wypisaną na rufie dewizą „Czyń lub giń”. Słowa te z miejsca podbiły moje serce.

Czytam o morskich podróżach sprzed stu dwudziestu lat i dochodzę do wniosku, że o ile ówczesny świat był dość surowy, to jednak zdecydowanie bardziej uporządkowany niż dzisiaj. By nie szukać daleko – jeśli ktoś decydował się pływać żaglowcem, to konsekwentnie robił to, co do obowiązków żeglarza należało. W czasie wachty czuwał, a podczas przerw spał. Rytm dnia, a tym sam sens istnienia, wyznaczały kolejne czynności, od których nie można było wziąć wolnego. Wobec szczególnie aktualnej wówczas alternatywy „pracuj lub umieraj” wszyscy w naturalny sposób garnęli się do działania.

Dzisiaj niemal każdy w swoim istnieniu poszukuje drugiego dna, jakiejś głębszej logiki stojącej za funkcjami życiowymi. Dobra praca, wygodne mieszkanie, udane relacje, ale życie wciąż niepełne. Prawdopodobnie powodem przygnębienia jest nieprzebrana ilość dostępnych szans i perspektyw, których z oczywistych względów nie sposób w pełni wykorzystać w ramach jednego życia. W rezultacie w czasach kiedy każdy może zostać kim chce, wiele osób odnosi wrażenie bycia nikim. To trochę tak jak z telewizją satelitarną – brak możliwości przejrzenia wszystkich trzystu kanałów w tym samym czasie powoduje, że oglądając ten o numerze sto siedem pozostajemy w poczuciu, że pewnie można było wybrać lepiej. Coraz częściej snujemy więc jakieś zupełnie nieuchwytne wizje na temat sensu istnienia, podczas kiedy jest on zupełnie prosty i nader przyziemny: po prostu rób, co do ciebie należy.

Te słowa przyświecałby zapewne mojej babci, która opiekując się na starość umierającym mężem każdego dnia pytała dziadka czy ma zamiar dzisiaj umierać czy może jeszcze chwile pożyje. Jeśli akurat nie umiera, to się świetnia składa, bo trzeba świniom nanieść słomy.

Czyń lub giń – jedyny w pełni dostępny człowiekowi wybór, który daje życie.

🏃‍♂️

Ucieczka przez szatnię

Lubię teatr. Lubię oglądać aktorów gimnastykujących się na scenie, ale daleko bardziej interesuje mnie teatr życia rozgrywany na widowni. Pamiętam jak któregoś razu starszy pan zasiadł w pierwszym rzędzie, tuż przed wielkim bukietem stanowiącym element scenografii. Z przyjemnością obserwowałem jak poddenerwowany biega po trzecim dzwonku próbując zmusić kogoś z obsługi do usunięcia przeszkody. Tyle pieniędzy za pierwszy rząd i wszystko w niwecz. Przesiadł się w końcu gdzieś dalej, ale nie było to już ten sam kulturalny starszy pan. Tak właśnie rodzą się bestie.

Ujmujące są też kłótnie o miejsca. Ktoś bardzo chciałby siedzieć na miejscu kogoś innego, a ktoś inny z kolei bardzo nie chce się przesiąść, bo wyjątkowo zależy mu właśnie na dwunastym miejscu w rzędzie osiemnastym. Ludzie mają dziwną tendencję do przywiązywania uwagi do tego typu detali. Tak jakby siedząc bliżej mieli zrozumieć więcej, a dwa rzędy dalej grali już zupełnie inną sztukę.

Kłótnia o miejsca jest dla mnie szczególnie niezrozumiała, bo nim opadnie na dobre kurtyna, ci sami widzowie tłoczą się w rzędach, jakby wybrane przez nich skrupulatnie fotele nagle zaczęły parzyć. Chwilę później najbardziej gorliwi miłośnicy sztuki rozpoczynają marsz pingwinów w kierunku foyer. Tam, wobec marmurowych posadzek i gładkich poręczy, rozpędzają swoje teatralne pantofle, by dopaść najbliższych schodów prowadzących do szatni, a potem wpaść w szaleńczy, nieco przygarbiony galop – tym dłuższy, im więcej schodów należy pokonać. Triumfują przed obliczem szatniarza uderzając stalowym numerem o kontuar, zupełnie jak uczestnicy Ninja Warrior po ukończeniu toru przeszkód. Oto przedstawiciele wysokiej kultury! Tej artystycznej, ale i fizycznej. Biegnie bracie sól tej ziemi, myślę sobie. Lud renesansu. Piękni, oczytani, wysportowani. Doskonale nawigujący wśród meandrów placówek kulturalno-oświatowych. Teraz pięknie ubrani, gotowi do wyjścia, do stawienia czoła kolejnym wyzwaniom ludzkości.

A gdyby tak zgromadzoną energię zawrócić z mięśni i wysłać w pierwszej kolejności do szarych komórek? Posiedzieć chwilę dłużej, spróbować dodać dwa do dwóch? A co jeśli w rzeczywistości współczesny człowiek to analfabeta? Co jeśli teatr jest dzisiaj jedynie czeskim filmem, tureckim kazaniem dla kulturowych apostatów, a szatnia pretekstem do ucieczki z intelektualnej obczyzny? Po co chodzić do miejsc, z których chce się uciec? Tego nie rozumiem i chyba szybko się to nie zmieni.

Pójść do teatru i zapomnieć o płaszczu – oto miara pełni szczęścia.

🥱

Człowiek stojący na jednej nodze z piłką lekarską ponad głową

Kiedyś mówiło się, że automatyzacja to wspaniała rzecz, bo wyręczy człowieka z codziennych obowiązków. Sam tak mówiłem, bo bardzo nie lubiłem zmywać naczyń i odkurzać. Dzisiaj po nastawieniu zmywarki przechodzę do salonu i rozłożony na kanapie obserwuję, jak moją pracę z przeszłości wykonuje mały robot. Nie muszę nigdzie się ruszać, w zasadzie to mogę zostać na tym tapczanie na resztę dnia, zupełnie jak leń Brzechwy. Nie muszę chodzić na pocztę, bo są maile; nie muszę chodzić do sklepu, bo jedzenie kupuję przez Internet; nie muszę nawet chodzić do kina, by obejrzeć film – mam w końcu Netlixa. Niedawno odpadł również ostatni powód, dla którego wychodziłem z domu, mianowicie praca. Okazuje się, że i zakład pracy może przyjść do mnie.

Wobec tak radykalnego ograniczenia ilości ruchów w ciągu dnia postanowiłem zapisać się na zorganizowane ćwiczenia fizyczne. Podczas pierwszych zajęć każdy z uczestników otrzymał pięciokilogramową piłkę lekarską. Zrobiło mi się smutno – czy to już ten wiek, że pani od WFu nie daje mi piłki nożnej czy siatkowej, a lekarską właśnie? W którym momencie z dobrze rokującego napastnika stałem się pospinanym w karku pacjentem? Na kontemplację nie było czasu, bowiem kazano nam stanąć na jednej nodze, unieść piłkę nad głowę i z cały sił cisnąć o ziemię. Następnie podnieść i powtórzyć wszystko dziesięć razy, cały czas z uniesioną nogą. Kiedy tak uderzaliśmy bezsensownie piłkami o beton, zatęskniłem nagle za zmywaniem naczyń, za odkurzaniem dywanów i staniem na obu nogach w kolejce na poczcie. Wszystkie te czynności miały jednak jakiś ukryty – bądź co bądź prosty, ale mimo wszystko – sens. W tępym waleniu skórzanym ciężarem o podłogę sensu nie odnalazłem.

Tamtego dnia po powrocie do domu odszukałem zaznaczony kiedyś cytat, który wydaje mi się bardzo dobrze oddawać nastrój człowieka stojącego na jednej nodze z piłką lekarską ponad głową. Oto on:

„Głównym przejawem egzystencjalnej pustki jest stan permanentnego znudzenia. W tym kontekście zrozumiałe stają się słowa Schopenhauera, który twierdził, że ludzkość jest najwyraźniej skazana na to, by wiecznie oscylować między dwiema skrajnościami – rozpaczą i znudzeniem. W dzisiejszych czasach znudzenie powoduje więcej problemów – takich, z którymi musimy zwracać się do psychiatry – niż rozpacz. Problemy te będą z upływem czasu odgrywać coraz istotniejszą rolę, jako że postępująca automatyzacja życia doprowadzi prawdopodobnie do gwałtownego zwiększenia się liczby wolnych godzin będących do dyspozycji przeciętnego pracownika. Niestety, wielu z nich nie będzie wiedziało, co zrobić z tą świeżą uzyskaną swobodą.”

Viktor E. Frankl „Człowiek w poszukiwaniu sensu” (2008)

🏉

Wszelki opór nie ma sensu

Gdy byłem młodszy, chciałem wojować ze światem. Byłem gotowy wykłócać się o swoje racje i z zapałem przekonywać do nich innych. Sądziłem, że prawda jest tylko jedna, a ja – zgłębiwszy ją po przeczytaniu jakiejś tam książki – powinienem nawracać na właściwe tory wszystkich, którzy myśleli inaczej. Obudzony bladym świtem przez człowieka, który wygrzebuje ze śmietnika aluminiowe puszki, rzuca je na beton i głośno rozdeptuje, byłem gotowy wyjść na środek osiedla i zacząć się odgrażać.

Z wiekiem coraz chętniej omijam tego typu małe wojenki. Uniwersalną prawdę zamieniłem na zbiór rozproszonych racji, które niczym mozaika tworzą obraz codziennych ludzkich motywacji. Kiedy myślę o tym w ten sposób, jakoś łatwiej jest mi zbliżyć się do sensu wyciągania puszek o piątek rano. Jednocześnie, przyjmując tę perspektywę, z dużo większą swobodą i spokojem przysłuchuję się różnego rodzaju debatom. Najciekawsze są te, w których rozmówcy operują na gruncie zupełnie odmiennych założeń, co sprawia, że nawet wielogodzinna wymiana zdań nie daje odpowiedzi, jak jest naprawdę. No bo tak właściwie czy cokolwiek jest jeszcze dzisiaj “naprawdę”?

Do walki ze światem nie zachęca też charakter, w jakim się tu pojawiam. Czy wypada robić awantury gospodarzowi na proszonym przyjęciu? Być może jedzenie nie jest najsmaczniejsze, a wśród gości są osoby, za którymi nie przepadam, ale skoro zostałem zaproszony, to jednak jest to spore wyróżnienie. Nikt inny zaproszenia mi nie posłał. Jedyną alternatywą było więc siedzenie w domu, do którego i tak przecież wszyscy wcześniej czy później wrócimy.

I chyba ten powrót jest tutaj najważniejszy, bo im bardziej urządzę świat dla siebie, tym trudniej będzie mi się z nim rozstać. A świat sam w sobie jest akurat najmniej zainteresowany tym, gdzie w tym stuleciu powbijamy sobie słupki graniczne. Radził sobie świetnie bez nas – z nami poradzi sobie równie dobrze. Wszelki opór nie ma sensu.

🤚

pSyn

Na taki neologizm trafiłem przeglądając niedawno Instagram. Zgrabne połączenie psa i syna, co sugeruje, że psa można traktować (czytaj: kochać), jak własne dziecko. Od razu sprawdziłem, jaka zawartość kryje się pod hasztagiem #psyn. Poza zdjęciami pupilów pojawiają się między innymi takie opisy: „MÓJ PSYNKU”; „sto lat pSynu”; „najpiękniejszy psyn”; „mój maluszek kończy dziś rok”; „wozimy się z psynem po ośkach” czy „Na osłodę dotarły dzisiaj rzeczy dla Stasia – szelki, smycz i pas bezpieczeństwa do jazdy autem. Świetne wykonanie, piękny wzór w jedzonko.”

W aktualnej Polityce czytam z kolei, iż: „Przybywa ludzi, dla których psy i koty to już nie tylko domownicy, a pełnoprawni członkowie rodziny. Traktowane jak dzieci przez samotne starsze panie, wyemancypowane singielki i pary, które nie decydują się na potomstwo, za to adoptują psa lub kota. W hipsterskiej knajpie w dużym mieście wypada pojawić się z czworonogiem. Najlepiej z małym kundelkiem ze schroniska. Teraz piesek często ma na imię Wirus, a suczka Korona. A na drugim końcu smyczy młody mężczyzna 20 plus, który swojego przyjaciela zabiera nie tylko do knajpy, także na łódkę na Mazury i na kite’a na Hel.” (A. Sowa, „Zwierzę, moja miłość”).

Skoro o zwierzętach zaczyna mówić się per psyn (jeśli mam kotkę, to jak będzie prawidłowo? KoCórka?), to gdzie w tym wszystkim jest miejsce na posiadanie prawdziwych dzieci? A może posiadanie potomstwa w naszym wygodnym świecie jest zbyt dużym obciążeniem? Dziecku można wprawdzie kupić kolorowy kaftanik, ale już nie wypada zostawiać na cały dzień w domu. Zastanawiam się czy wobec rosnącego uwielbienia dla zwierząt, jakakolwiek pronatalistyczna polityka rządu ma jeszcze sens. Pięćset plus wydaje się bezradne wobec chęci posiadania psyna. Tylko patrzeć jak rządzący dostrzegą ten problem i zaczną ścigać właścicieli za nieuregulowany podatek od psa. A najlepiej niech wprowadzą nowy: miesięczna danina od psyna – dla równego rachunku: pięćset złotych. Już widzę te przyjęcia urodzinowe organizowane w piwnicach i chłodne reakcje właścicieli na merdający ogon.

– Przepraszam, czy pani jest matką tego psyna?

– Pyta pan o tego psa na mojej smyczy? Ależ skąd! Nie znamy się.

🐕

Uciekające galaktyki

„W społeczeństwie współczesnym zanika styl życia oparty na refleksji nad życiem i nad poszukiwaniem sensu życia. Ideologia konsumpcji, ideologia przyjemności, przymus życia w natychmiastowość – wszystko to powoduje, iż pytania egzystencjalne przestają mieć sens (galaktyki uciekają, a my radośnie wgryzamy się w kolejnego Snickersa). Sama istota takich pytań (odpowiedź zwykle nie jest optymistyczna) pozostaje zresztą w sprzeczności z podstawowym przekazem społeczeństwa konsumpcji: ciesz się życiem, kolekcjonuj przyjemności, nie bądź nudziarzem (zamiast rozważać, „po co jesteś”, sprawdź na wadze czy nie przytyłaś). W konsekwencji poszukiwanie sensu życia zastąpione zostało poszukiwaniem (kolejnego) kremu przeciw zmarszczkom. Wielkie ideały ustąpiły miejsca małym zakupom, poszukiwaniom fascynujących momentów i drobiazgów.”

Zbyszko Melosik, „Kultura popularna jako czynnik socjalizacji” (2003)

💫

Człowiek nowoczesny

Poniższy fragment poradnika Zofii Stryjeńskiej musiałem przeczytać kilka razy – przedwojenna prawda wydaje się dzisiaj wyjątkowo aktualna. Od razu nasuwa się pytanie o kondycję współczesnego „człowieka nowoczesnego” oraz jego tendencję do relacjonowania „zbyt pod względem luksusu jedzeniowego wynaturzonych przyjęć”.

„Człowiek nowoczesny powinien unikać brania udziału w zbyt pod względem luksusu jedzeniowego wynaturzony przyjęciach, gdyż urządzanie takich orgii jedzeniowych w dzisiejszych czasach ogólnej nędzy światowej, świadomości obozów koncentracyjnych i męki milionów skrzywdzonych istnień jest nieetyczne. Jeśli ktoś jest bogaty, lepiej pieniądze nadmierne wyłożyć na stypendia dla akademików, na szpitale, na baraki dla osieroconych dzieci i na ulżenie tak licznej rozpaczliwej niedoli. Widzieć uśmiech wdzięczności na twarzy bliźniego, wywołać łzy radości o wiele jest więcej godne człowieka eleganckiego, niż objadać się na złoconych półmiskach i pyszyć.”

Zofia Stryjeńska, „Savoir-vivre”, 1936
👌

Guglon o życiu

w moim życiu nic się nie dzieje

w moim życiu przeczytałem dwie książki

w moim życiu są promile

w życiu piękne są tylko chwile

nie mam pomysłu na obiad

nie mam pomysłu na biznes

nie mam pomysłu na życie

jak dojade katowice

dlaczego moje życie nie ma sensu

dlaczego moje maile trafiają do spamu

dlaczego w narnii nie było bożego narodzenia

czy warto kochać jeśli miłość może być źródłem cierpienia

*guglon – wiersz napisany w oparciu o podpowiedzi wyszukiwarki Google

Nie każdy kot łowny

Mam kota. Mój kot cały dzień spędza w mieszkaniu – śpi, je i odpoczywa.

Któregoś dnia postanowił zmienić coś w swoim życiu. Najpierw wytatuował sobie mysią czaszkę na plecach, potem wykupił kilka tanich lotów i ruszył w podróż. Przez dwa lata włóczył się po największych miastach świata. W Pekinie polował na wróble, w Nowym Jorku na szczury, w Nairobi uganiał się za szarańczą. Na ogół nie korzystał z przewodników. Chodził własnymi ścieżkami, co powodowało, że często konfliktował się z lokalnymi drapieżnikami. Na kilka tygodni zatrzymał się nawet u pewnego starego perskiego kota, który popalając fajkę snuł opowieści o szczęściu, prawdzie i życiu.

Kiedy pokrzepiony bogatymi doświadczeniami podróży wrócił w końcu do mieszkania, postanowił zostać blogerem. Przy odrobinie mojej pomocy nagraliśmy trzy odcinki „Pierwszego kota za płotem”. Premiera kanału spotkała się niestety z dość chłodnym przyjęciem publiczności. Okazało się, że kocich podróżników jest na pęczki, a łapanie myszy na Machu Picchu nie robi już na nikim wrażenia.

W krótkim czasie pojawił się smutek, płaczliwość i apatia. Szczególne zauważalny był brak energii i permanentne zmęczenie. Nie pomagały wizyty u weterynarzy i specjalistów od kociej duchowości. Jak się później okazało, powodem złego samopoczucia była zła karma przywieziona z Tybetu. Wdrożone w ostatnich dniach postępowanie dietetyczne wydaje się przynosić oczekiwane efekty. W miejscu tatuażu wyrosła piękna, błyszcząca sierść.

Znowu mam kota. Kot cały dzień spędza w mieszkaniu – śpi, je i odpoczywa.

🐱

Słup reklamowy

Kiedyś bardzo chciałem być sławny. Chciałem być muzykiem, udzielać wywiadów, pisać książki albo chociaż zagrać w jakimś filmie. Mieszkałbym pewnie teraz w jakimś dużym domu z basenem, latał helikopterem i chodził na bale charytatywne. Całe szczęście, że w to nie poszedłem. Życie celebryty to horror.

Lubię czasem sprawdzić, co słychać u osób, które są znane z tego, że są znane. Dzisiaj jest to wyjątkowo łatwe, bo wystarczy odwiedzić odpowiedni profil społecznościowy. Najczęściej można zobaczyć, co kto zjadł na śniadanie, jak się ubrał do windy albo do jakiej muzyki buja się prowadząc samochód (za nagrywanie story w trakcie jazdy powinny być mandaty!). I tak dzień za dniem, relacja za relacją przeplatana reklamą depilatora albo kremu.

Mogłoby się wydawać, że nie ma przyjemniejszego sposobu na utrzymywanie się, jak pokazywanie swojego życia. I właśnie słowo „utrzymywanie się” jest tu kluczowe. Specyfika zarabiania w oparciu o media społecznościowe pokazuje, że aby wejść do świadomości swoich odbiorców, najpierw samemu trzeba wpuścić ich z butami do własnego życia. Jeśli chcę się „utrzymać”, muszę pokazać więcej niż inni. Muszę myśleć o swoim dniu z perspektywy tego, co się sprzeda, co będzie atrakcyjne, co przyciągnie do mnie nowych ludzi.

Pojawia się pytanie jak zachować w tym wszystkim siebie, kiedy moja tożsamość musi rozciągnąć tak, aby objąć jednocześnie reklamę leku na odchudzanie, odkurzacza i oranżady (której przecież nie piję, bo niby zażywam ten pieprzony lek)? Może łatwiej porostu zrezygnować z siebie? Niech sponsorzy zdecydują, co mam zjeść i czym się nasmarować, trzeba być elastycznym.

Ostatecznie osoba znana z tego, że jest znana, zamienia się w osobę znaną z tego, że jest słupem reklamowym. Pojawia się smutek i rozczarowanie, bo kiedy nie ma już nic do zareklamowania, to jaki sens ma nasze życie?

📜

Borys Jelcyn gra w Chińczyka

Przeprosiłem się ostatnio z historią współczesną. Zacząłem czytać o latach powojennych w Europie i o dziwo lektura ta okazał się nadzwyczaj ciekawa. Z pewnością ciekawsza niż niewiele mówiące wojny punickie, które były tak dawno, że nie wiadomo czy w ogóle.

Znajomość najnowszej historii okazuje się dużo bardziej przydatna dla zrozumienia własnego położenia na świecie. Zawsze patrzyłem na swoje życie z perspektywy rodziny, ewentualnie społeczeństwa, w jakim przyszło mi się wychowywać. Nigdy nie byłem jednak w stanie docenić siły wiatrów historii, które spowodowały, że przyszło mi żyć akurat na tym kontynencie i po tej stronie nieistniejącej już żelaznej kurtyny. Równie dobrze mogłem przecież przyjść na świat nieco bardziej na zachód, mówić w zupełnie innym języku i nie głowić się na tym jak spuścić wodę w bezdotykowej toalecie podczas pierwszej wycieczki do Londynu. Niestety w tej grze to historia wybiera plansze i rozstawia pionki (przy czym demografia naszej planety wskazuje, że najczęściej gra się jednak w Chińczyka).

Drugą ważną rzeczą jest uświadomienie sobie, że świat miał się całkiem nieźle zanim się na nim pojawiłem, i zapewne będzie miał się nie najgorzej, kiedy będę się z nim żegnał. Czytanie o wydarzeniach na krótko poprzedzających rok mojego urodzenia sprawa wrażenie, że kolejny rozdział zostanie poświęcony w całości mojej osobie i serii wydarzeń, które ukształtowały mnie jako człowieka. Nic bardziej mylnego. Historia przejechała po tej ważnej dacie jak kolumna radzieckich czołgów w kierunku Czechosłowacji. Jeśli jest coś takiego jak dziejowy egocentryzm, to właśnie zostałem na niego skutecznie zaszczepiony.

Uświadomiłem sobie też, że jeśli nie jest się zawodnikiem rangi Regana, Thatcher czy Jelcyna to raczej nie ma co liczyć na trwałe zapisanie się w historii ludzkości (chociaż po tym ostatnim został przede wszystkim filmik na YouTube o nazwie „Best of drunk Boris Yeltsin!” z trzema milionami odsłon, co raczej nie zachęca ani do polityki, ani do alkoholu, a tym bardziej do obu tych rzeczy razem). Tak, Borys był alkoholikiem.

Znajomość historii daje też pewnego rodzaju ulgę, która wyraża się w zrozumieniu tego skąd się przychodzi i kim się jest, a przede wszystkim – co być może ważniejsze – kim się nie jest i dlaczego nie jest to winą danego człowieka. Szersze spojrzenie na ten aspekt pomaga zapobiec wielu niepotrzebnym frustracjom.

Patrząc wstecz dochodzę do wniosku, że historia wpuściła mnie do gry w całkiem niezłym momencie. Pobiegam jeszcze trochę, a jak się zmęczę, to poproszę o zmianę. I znowu przyjdzie ktoś nowy i będzie biegać tam samo jak ja. A mecz będzie trwać w najlepsze.

Powrót do „normalności”

W nowy rok wchodzimy ze szczepionką przeciwko COVID-19 i wielkimi nadziejami na powrót do świata, który utraciliśmy kilka miesięcy temu. Ale czym tak naprawdę jest owa „normalność”, za którą tak tęsknimy? Czym jest „normalny” świat?

Odpowiedź sprowadziłbym do stwierdzenia, że normalność to przewidywalność. To możliwość określenia co czeka nas jutro, za tydzień lub za miesiąc. Żyjąc w coraz bardziej uporządkowanym świecie wielką frustrację wzbudza w nas spóźniający się autobus. Przecież nie po to mamy zegarki i precyzyjnie rozpisane rozkłady jazdy, żeby czekać. Przystanki już dawno przestały być miejscem oczekiwania na autobus, a stały się raczej punktem przesiadkowym.

Skoro zatem nasze niezadowolenie powodują tak prozaiczne rzeczy, jak traumatycznym przeżyciem musi być realne zagrożenie życia z powodu choroby. Nikt nie wie przecież, jak zareaguje na zarażenie nowym wirusem. To rodzaj nieprzewidywalności, o którym już dawno zapomnieliśmy w naszym poukładanym świecie, zupełnie tak jakby historia ludzkości była wolna od tego typu zmartwień. Pandemia na nowo przypomniała nam o przemijaniu – zjawisku przyrodniczym, które w sposób szczególny nie wpisuje się w dostatnie i dobrze zaplanowane życie.

Kolejna wielka niepewność to ryzyko utraty pracy, a co za tym idzie dochodów. Niebezpieczeństwo, które w porównaniu z przyzwyczajeniami do wizyt w galeriach handlowych czy precyzyjnie rozpisanymi ratami kredytu mieszkaniowego może wywołać spore zawroty głowy. Operując wyłącznie wskaźnikami makroekonomicznymi czasem trudno dostrzec, że normalnością zaczęliśmy nazywać to, co kiedyś oznaczało nadmiar i zbytek. Produkt Krajowy Brutto podajemy w odniesieniu rok do roku, ale nigdy pokolenie do pokolenia. Jeszcze żaden ekonomista nie powiedział, że osiągnęliśmy zadowalający poziom produkcji i więcej już nie potrzebujemy.

Rok 2021 zaczyna się od osiemnastych urodzin Grety Thunberg (dokładnie dzisiaj). Pomyślałem od razu, że dla aktywistki klimatycznej ograniczenie działalności światowej gospodarki z powodu pandemii to najlepszy możliwy prezent u progu dorosłości. Pomijając niemałe koszty społeczne i spore ryzyko powrotu do destrukcyjnych praktyk sprzed pandemii, ubiegły rok był obiektywnie sporą ulga dla Ziemi.

Okazało się, że jestem w sporym błędzie. Jak podano w radiowym komunikacie, rok 2020 nie był dobry dla zwolenników ochrony klimatu, gdyż… nie mogli protestować na ulicach. Wygląda więc na to, że powrót do „normalności”, szczególnie w kategoriach myślenia o świecie, odbędzie się nie poprzez odnalezienie nowej drogi, a poprzez powrót do tego, co stare i przewidywalne. Znając datę katastrofy klimatycznej jakoś łatwiej zaplanować kolejny tydzień.

😵

Turysta w świecie historii

Ostatnie miesiące spędziłem na zgłębianiu tematyki drugiej wojny światowej, głównie kwestii obozów koncentracyjnych. Czytałem, oglądałem, a wydarzenia z przeszłości ciążyły jak kamień przywiązany do głowy. Próbowałem nawet na chwilę uciec w zupełnie innym kierunku, mianowicie w świat Tybetu, ale i tam dopadły mnie wojenne upiory – autorka „Daleko wysoko…” przez dziesięć lat zajmowała się tym, co ja próbowałem zrozumieć w oparciu o kilka zaledwie książek i filmów.

Zgłębianie obozowych historii odstawiam na boczny tor. Doszedłem do wniosku, że ilość przeczytanych publikacji w żaden sposób nie przybliża mnie do pełnego zrozumienia wojennej tragedii. Wszystkie te obrazy są niby wyraźne, ale w gruncie rzeczy zbyt odległe dla współczesnego człowieka. W pewnych momentach odczuwałem nawet coś w rodzaju historycznej zniewagi, której dopuszczałem się czytając o marszach śmierci, sam siedząc pod kocem z kubkiem gorącej herbaty w ręce. Czułem się jak naiwny turysta, któremu w bezpiecznych warunkach uchyla się wrota okrutnej przeszłości i czeka na ożywioną reakcję. Turysta myśli, że dotyka istoty sprawy, podczas gdy ta pozostaje daleko poza jego zasięgiem. Jak blisko by nie podchodził, nigdy nie będzie w stanie zrozumieć tragedii tamtych lat. Najlepszym dowodem na intelektualną niedostępność przeszłości są współczesne rysunki na obozowych pryczach w jednym z baraków w Treblince. „Rafał z Torunia to był” – oto cała refleksja na temat wydarzeń, które miały tam miejsce.

Niestety dla mnie, człowieka wychowanego w czasach pokoju i dobrobytu, zapuszczanie się w otchłań wojennego nieszczęścia jest z góry skazane na porażkę. Mogę czytać, ale nigdy w pełni nie zrozumiem. Dla mnie historia to nie tylko fakty, ale i doświadczenia, a tych póki co nie potrafimy jeszcze przenosić z człowieka na człowieka. Może i lepiej. Niech tak zostanie.

👴

Kaczki

Korzystając z wolnej chwili spojrzał przez okno na przelatujące kluczem kaczki. Ponownie zaczął zastanawiać się, jakie to niewyjaśnione zasady rządzą oglądanym przez niego krajobrazem. Niby wiedział dlaczego ptaki układają się w ten, a nie inny sposób, nie wiedział natomiast dlaczego w ogóle latają. Nawet jeśli przejść nad tym pytaniem obojętnie, dlaczego wciąż przylatują w te same miejsca? Skąd wiedzą kiedy i gdzie mają lecieć? Dlaczego akurat tam, a nie gdzieś indziej? W chwilach tego typu refleksji świat zawsze wypadał mu z rąk. Był jak nieumiejętnie złapana rolka papieru, która upada i rozwija się dopóki nie uderzy w przeciwległą ścianę. Im bardziej próbuje się ją przyciągnąć, tym bardziej się rozwija.

Ilość pojawiających się myśli przyrastała teraz wykładniczo. W pewnym momencie nie wiedział już nawet, jakie dokładnie pytania należałoby zadać, aby nadążyć za lawiną wątpliwości, którą uruchomił w swojej głowie poprzez tę krótką obiekcję na temat kaczek. Wiedział jedynie, że były to już pytania wykraczające daleko poza to co widać gołym oknem, a nawet i to, co widać okiem uzbrojonym w naukowe szkiełko. Jego myśli błąkały się gdzieś pomiędzy planetami wodzone pewnego rodzaju metafizyczną intuicją, że oto za zakrętem czeka odpowiedź na wszystkie dotychczasowe wątpliwości. Z podróży tych wracał zawsze zmęczony i rozczarowany brakiem jakichkolwiek ustaleń.

Przypomniała mu się jego pierwsza praca, kiedy kazano mu dzwonić do jakiegoś urzędu i wyjaśnić z czego wynika naliczona zaległość w wysokości pięciuset dwóch złotych. Kwotę tę należało uregulować wraz z odsetkami, natomiast te przyrastały codziennie o kilka groszy. Uprzejmym tonem poprosił więc o wyliczenie kwoty odsetek na najbliższy poniedziałek.

– No proszę pana – usłyszał po chwili w słuchawce – zadałem operację, ale wszystko mi się tu teraz pozawieszało. Czy mógłby pan zadzwonić później?

Na podobnej zasadzie wyobrażał sobie swoje rozważania o kaczkach. Oczami wyobraźni widział jak po kliknięciu w „tajemnica_wszechrzeczy.mp4”, wyskakuje komunikat o treści: „Nie można odtworzyć pliku. Skontaktuj się z Administratorem sieci, aby uzyskać więcej informacji.”

Konstanty doskonale znał ten błąd. Próby bezpośredniego kontaktu z Administratorem podejmował od wczesnego dzieciństwa, niestety zawsze bez rezultatu. Uciekał się nawet do sztuczek w postaci prośby o wstawiennictwo u jednego z pracowników Działu wsparcia, w którego kompetencjach leżał dany problem. W tym celu zgromadził kilkanaście wizytówek, przykładowo od pana Antoniego z Padwy, niestety również i tutaj nie doczekał się żadnej odpowiedzi.

Już jakiś czas temu doszedł do wniosku, że nie ma żadnego Administratora, a jeśli jest to śpi lub ma przepełnioną skrzynkę. Przestał kierować w tę stronę jakiekolwiek zapytania, przyjmując, że pewnych wątpliwości po prostu nie da się wyjaśnić. Nie przeszkadzało mu to jednak w odbywaniu kolejnych niezrozumiałych podróży na widok kaczek lecących kluczem czy ludzi goniących odjeżdżające autobusy. Nierzadko świat zwierząt wydawał się nawet jakby bardziej poukładany i racjonalny.
🦆